Tak to się zaczyna

– Pedałuj.
– Ale wieje!
– Pedałuj.
– Czyj to był pomysł?
– Pedałuj bo ja już nie mogę!
– Stajemy?
– Nie, jak staniemy to już amba, zostaniemy tu.
– Ale mi tu dobrze.

Stanęłam. Buba prawie wjechała mi w plecy.

– I co tak stoisz jak Lotka? – wkurzyła się 
– Jaka Lotka?!
– No ta od męża co nie lata!
– Żona Lota? Ale ty wiesz, że on nie latał?
– No przecież mówię, ze nie latał.
– Nie, nie o to mi chodzi… Dobra. Knajpa. Wchodzimy.
– Dobra, co ci za różnica, latał czy nie?!

Wyjątkowo zgodnie skręciłyśmy do knajpy. Nasza ulubiona knajpa rowerowa. Z kącikiem, gdzie mogłyśmy spokojnie sobie siedzieć i parować.

W knajpie panowało miłe ciepło, zapach pizzy i herbaty zimowej. Imbir zmieszany z oregano.

Nasz kącik był przy oknie, niewielki stół wciśnięty we wnękę, dwie ławy. Za oknem rosło drzewo, zazwyczaj obwieszone światełkami, dającymi miły nastrój.

Rowery zostały pod drzewem. Nawet nie trzeba było ich zapinać. Knajpka była w środku wsi, bezpiecznie miło i przytulnie.

Pizza, jak zawsze pyszna. Chociaż zapewne mało włoska ale co tam, nie to się w życiu liczy.

– Ja nie wiem – nam się to nigdy nie znudzi?

– No coś ty, niby dlaczego, jak coś jest dobre to po co zmieniać.

– No niby masz rację.

Podejście do życia też miałyśmy podobnie. Dwie, jeszcze nie tak stare, hippiski. Z wiecznym zachwytem przyrodą i ironicznym podejściem do gonitwy dzisiejszych czasów.

Zaczęło się ściemniać, droga przed nami nie była daleka ale błotna. Do mojego domu pod lasem miałam trochę bliżej niż Buba do siebie na osiedle.

Od zawsze mieszkałyśmy w tym miasteczku. Kiedyś razem na osiedlu, od kilkunastu lat ja w wymarzonym domu pod lasem, Buba została w mieście, twierdząc, że nie chce żadnych zmian. A las może oglądać jak wyjdzie za miasteczko. A komary są wszędzie.

Miasteczko….tu działo się wszystko. Niewielka społeczność ale różnorodna jak szkiełka w kalejdoskopie. I tak samo jak szkiełka każdy widział ją inaczej…

No i ta nazwa Senne Miasteczko. Jakby wszystko było owiane mgłą a ludzie chodzili z półprzymkniętymi powiekami. Nic bardziej mylnego. Miasteczko miało swój rytm a ja ten rytm uwielbiałam.

————————————————————————————————————–

Lubię powroty z pracy, gdy mamy chwilę dla siebie, żeby usiąść i pogadać. Tak fajnie to brzmi. Jak w romansie prawie. Zawsze planowaliśmy, że jak tyko dzieci się wyprowadzą to my będziemy wolni i z masą czasu dla nas…

Nikt się nie zastanawiał, po co nam ten czas ale nadal fajnie to brzmi. Taka para, z filiżankami, na tle okna, za oknem las. Para z kubeczka. Para z filiżanki, aromat kawy….bum bum:

– Gdzie jest cukier?

– Tam, gdzie zawsze….

– Nie ma…

Jest w szafie cukier. Od lat w tym samym miejscu. Nie wiem, co się facetom dzieje w mózgach, jakaś ślepota wybiórcza domowa.

No ale cóż. Codzienność bywa trudna ale jest. Zęby trzeba zacisnąć i do przodu iść jak mawiają wszystkie poradniki. No ale kto czyta poradniki? Ba, kto je pisze i skąd w zasadzie czerpie wiedzę do nich. No, może bardziej niewiedzę.

Zgodnie z poradnikami to nasz dom w listopadzie powinien pachnieć już piernikami, powinnam mieć zaplanowane porządki… Gdzie ja zabrnęłam?!

„Buba, ty mi powiedz, czemu ja nie muszę sprzątać. ” – napisałam do Buby.

” No bo nie”. przyszła szybka odpowiedź.

I wszystko jasne, dlatego nam tak dobrze z Bubą, dogadujemy się od lat.

Zerknęłam za okno. No czyste nie jest ale co tam, jak się mieszka pod lasem to ciężko mieć czyste okna. I w zasadzie nie ma po co, jak człowiek chce ładnych widoków to po prostu wychodzi z domu i patrzy na to co przed domem.

– Masz ten cukier? – wrzasnęłam do Florka.

– No tak, przecież jest tam gdzie zawsze, co się wydzierasz.

Uśmiechnęłam się pod nosem, pewnie go nie znalazł i nadrabia miną ale cóż, znamy się nie od dziś i nie ma potrzeby udawać. On wie, że ja wiem. I tyle w temacie cukru.

Poszłam do kuchni, gdzie Florek robił sobie kawę. Jak zwykle ją przesładzał i jak zwykle szukał do niej mleka. Zawsze sam je przed soba ukrywał, jako jedyna osoba w tym domu pijącą mleko. I zawsze potem szukał.

– Nie.

– Nie rób mi tak!

– Ale że co?!

– Nie czytaj mi w myślach. Pójdziesz?

– Nie. I nie czytam ci w myślach, nie trzeba być wróżką, żeby wiedzieć po co dzwonisz tuż po telefonie twojego kumpla Gustawa.

– A, Gucio dzwonił…. 

– Zawsze dzwoni. Doskonale o tym wiesz, że jest twoim największym kumplem i kablem zarazem.

– Ale pójdziesz?

– Dobra, pójdę. Ale ma być smacznie, żeby mi się opłacało słuchać jego żony przez dwie godziny.

Żona Gucia miała dwie główne cechy, obie wkurzające. Wszystko wiedziała. I wszystkich pouczała. Do tego uwielbiała robótki ręczne i nawet w knajpie coś dziergała, pouczając wszystkich, jakie to byłoby dla nich uspokajające, gdyby tylko spróbowali. Zęby mi zgrzytały od dźwięku drutów i wełny. 

Z Guciem mój mąż przyjaźnił się od lat. Przyjaźnią niepojęta dla nas wszystkich. Gustaw – poważny właściciel ogromnej firmy i mój Florek – znany na całym świecie fotograf, spędzający czas głownie w terenie z aparatem. Dwa światy. Światy spotkań biznesowych i ubrań kamuflujących. 

Za to żona Gucia, zwana przez wszystkich Mają chociaż naprawdę miała na imię Marianna, po prostu była. Była wszędzie. Na każdym wernisażu, każdej wystawie w mieście. Dawno temu skończyła jakieś studia związane ze sztuką i uznawała się za znawczynię każdego tematu każdej ery w sztuce. 

Miała talent plastyczny, pięknie rysowała, dziergała. Tylko jej charakter uniemozliwiał nam podziwianie tego w pełni. Była zapatrzona w siebie i wciąż domagająca się uwagi. 

„Buba, idę na obiad z Mają, potem na detoks z Tobą.”

„Dobra, to czekam na sygnał, nie pij za dużo, na trzeźwo jest mniej irytująca bo człowiek stara się jej współczuć.”

„Wymyśliłaś to bo?”

” Bo nie znam innego powodu, czekam na sygnał, pa, wracam do roboty”.

Odłożyłam zerknęłam na szafę, trzeba się jakoś ubrać do knajpy. A czasu mało. Po dwóch godzinach siedzieliśmy w knajpie. Piątkowy wieczór sala pełna, pachniało świetnie. Florek przyjechał do knajpy prosto w plenerów, na szczęście tym razem był gdzieś we wnętrzach i nie zalatywał na przykład mułem rzecznym. Różnie bywało. 

Maja wyglądała obłędnie, jak to zawsze ona. Może też dlatego trochę bardziej jej nie lubiłyśmy. Była w sam raz chuda, w sam raz gładka i cała taka w sam raz. I ubrana też zawsze w sam raz do sytuacji. 

Nawet druty do dziergania miały w sam raz długość, żeby nie za bardzo wystawać zza stołu i komuś oka przy talerzu nie wydłubać.

Koniec listopada zawsze bywa oczekiwanem na śnieg. Spadnie, nie spadnie, spadnie, nie spadnie. A śnieg i tak zrobi swoje. Spadnie albo nie.

W lesie obok naszego domu było szaro buro i ponuro, mało iglaków to i zieleni mało. Uwielbiałam ten bury widok. Gołych drzew i brązów wszelakich. 

Po wczorajszej kolacji z Mają i Guciem wciąż w głowie kołatały mi myśli z każdej dziedziny życia a oczy mrugały w rytm stukania drutów do dziergania. Stuk, stuk, stuk, stuk… Otrząsnęłam się z zamyślenia. 

W sumie na kolacji nie było tak źle. Maja była prawie milcząca, jak na nią, widać było, że coś ją gryzie. Nawet próbowała coś do mnie mrugać. Wyciągnęła mnie do toalety na klasyczne „przypudrowanie noska” i wyszeptała, gapiąc się swoje idealne odbicie:

– Ty wiesz, że będzie nowy właściciel Rymowanki? 

Rymowanka to była jedna z kilku restauracji w Sennym Miasteczku. Nie miała szczęścia do właścicieli, odkąd zmarł pan Jastrzębski, którego rodzina prowadziła lokal od pokoleń. 

– O, kto ją wynajął? Fajny lokal swoją drogą. Lubię tam chodzić. Tzn lubiłam, dopóki poprzedni właściciel nie zaczął dodawać do wszystkiego smalcu.

– Smalcu?! A, nieważne, nowy podobno mieszkał przez ostatnie 30 lat gdzieś za granicą i teraz chce otworzyć tu kuchnie świata. Ciekawe jak na to lokalne gesslerki. Zjedzą go żywcem. – Maja była zaangażowana w wiele grup kobiet w miasteczku, w te kulinarne oczywiście też.

– Może nie, może akurat im przypadnie do gustu. Ładny chociaż? 

– Podobno nawet bardzo. – Maja skończyła poprawiać swój idealny makijaż i skierowała się do drzwi. – Chodź, Gucio nie lubi jak się nakręcam na ten temat bo wie, że wsiąknę w plotki. No ale co ja poradzę? Kocham plotki.

To była prawda, Maja z tymi swoimi drutami była wszędzie, kochała plotki, stuk, stuk, stuk, stukały druty i nikt przy niej się nie hamował, mówiąc sekrety przeróżne, ponieważ zawsze sprawiała wrażenie nieobecnej umysłem artystki. Nic bardziej mylnego. Maja chłonęła plotki jak gąbka. Wręcz karmiła się nimi.

…………………………………………………………………………………………………………

– Buba, wiesz, że….

– Jeżeli chcesz mi, jak poprzednie 13 osób powiedzieć o Rymowance, to możesz się od razu zamknąć.

– No to pa.

– Pa, do jutra, pogadamy na rowerze.

Zerknęłam niechętnie na ekran komputera. Miałam jeszcze do przeczytania połowę nowej powieści, którą wydajemy. Niby fajna, niby z potencjałem ale wiadomo, jak to bywa. Nigdy nie wiadomo, co stanie się hitem a co zaliczy totalną klapę.

Jest moda na powieści o pokoleniu XYZ a gdy w końcu wydasz książkę, to pokolenie XYZ akurat zaczęło być pokoleniem ABC i nikt tego nie czyta bo się odbiorca nie zgadza. Połowa nie czyta, połowa siedzi obrażona i sieje hejtem po internecie. 

Za oknem było cudownie szaro, jak to w listopadzie. Mój gabinet znajdował się na poddaszu, na las wychodziło ogromne okno, zawsze w sumie brudne i nie wyglądało to jak w folderach reklamujących domy na wsi, ale nijak mi to nie przeszkadzało. 

Wróciłam do lektury. Trochę ta powieść była za ckliwa, on kochał ją, ona jego. Wiadoma sprawa, po drodze same kłody i inne patyki ale przecież wiadomo, że na końcu musi być szczęśliwie bo jak nie jest szczęśliwie to nikomu się nie podoba.

Przecież po to sięgamy po powieści, by sprawdzić, czy tylko nam się nie układa, czy może to globalny problem. I czy nam się ułoży w końcu czy nikomu…

Doszłam do momentu, gdy główna bohaterka rozważała zabicie swojej niedoszłej teściowej, widząc w niej źródło wszelkich niepowodzeń w związku. Trochę zbyt oczywisty motyw. Ciekawe, czy moje przyszłe synowe też będą chciały się mnie pozbyć.

Nie wiem, gdzie zabrnęłam myślami ale na pewno potrzebowałam przerwy. Zerknęłam na FB. Na miasteczkowej grupie pełno było domysłów na temat nowego właściciela Rymowanki. Czy ładny, czy bogaty, czy gotuje. Czy może ma jacht. Senne miasteczko miało jedynie małe bajorko, zwane oczywiście Sennym Jeziorem ale kto komu zabroni marzyć o jachcie na tymże.

Na przejażdżce rowerowej kilka dni temu, Buba chichotała nerwowo cały czas na wzmiankę o nowym właścicielu ale nie chciała nic więcej powiedzieć, poza:

– Zobaczysz, będzie się działo, oj będzie.

Było to wkurzające ale znałam ją na tyle, że wiedziałam, iż nie ma co naciskać, uwielbiała trzymać wszystkich w napięciu. A najbardziej swojego ex męża. Pewnie dlatego w końcu się rozwiedli. Ich dorosłe dzieci przyjęły to z dużą ulgą, kontakty wszyscy mieli nadal poprawne. A Ex przynajmniej nie musiał już chodzić do psychoterapeuty, za co był Bubie wdzięczny. Jakoś nigdy nie połączył kropek, że to ona była powodem jego problemów psychicznych.

Florek od kilku dni siedział w Finlandii i co jakiś czas wysyłał mi foty pełne śniegu i obłędnej przyrody. Gdyby nie termin oddania książki na koniec grudnia, pojechałabym z nim. Wprawdzie plenery fotograficzne to bardzo nie była moja bajka, nie miałam cierpliwości do sterczenia w miejscu, czekając aż jakiś ptak czy inny ssak się pojawi lub nie. Lub czekając na te kilka minut słońca, które dadzą konkretny efekt na zdjęciach. Oczywiście uwielbiałam prace Florka, był dobry, miał oko i to coś, co sprawiało, że jego fotografie nie były obojętne, łapały za serce, za rozum też.

U nas panowało wszechobecne błoto. Grudzień przeleciał jak błyskawica, dzieciaki wpadły na chwilę, w biegu prawie, każde z nich w drodze na lotnisko, odziedziczyły po nas gen podróżniczy i wiecznie gdzieś latały. A że oboje jako zawód podstawowy , mieli bycie programistami, koderami i czym tylko się dało, związanego z komputerami, mogli pracować zewsząd.

Początek stycznia był smętny i bury. Nawet miasteczko jakby przygasło na chwilę. Gdzieniegdzie było widać w oknach choinki i inne światełka ale ogólnie było szaro i ponuro. 

Buba była w jakiejś delegacji, kij wie gdzie. Zawodowo zajmowała się kontrolowaniem różnych organizacji ochrony zwierząt. Działała w całej Europie. W całej Europie miała też przyjaciół i często przepadała na kilka dni.

Zerknęłam na ekran komputera. Książka oddana do druku, premiera pod koniec stycznia, masa pracy przed nami związana z promocją. Autorka nie była nowicjuszką, wiedziała, że różnie może być.

Wszyscy czekali na nowego właściciela Rymowanki a plotki narastały lawinowo.

Nikt na razie nie wiedział, kim jest. No, Buba wiedziała ale świetnie się bawiła nie puszczając pary z gęby. 

Plotkary miasteczkowe chadzały codziennie obok restauracji, chcąc zobaczyć cokolwiek, ale nic to nie dało, witryna była szczelnie zasłonięta, ekipa remontowa w środku pracowała, nie byli stąd, po pracy wsiadali w busa i znikali. 

Nawet nie było wiadomo, czy mówią po polsku czy nie. Tak jakby ktoś zabronił im kontaktu. 

Wróciłam do komputera. Wysłałam kilka maili do działu marketingu. Umówiłam fotografa na sesję zdjęciową promująca książkę i mogłam powoli kończyć pracę.

Koty idealnie wyczuwały ten moment, zawsze na dźwięk wyłączanego komputera budziły się i pędziły do kuchni po zasłużone, po całym dniu NICNIEROBIENIA, saszety.

Przyszła wiadomość od FLORKA: jutro wracam, pogoda super, kim jest ten nowy gość od Rymowanki bo Gucio mnie męczy o niego strasznie.

Hm, to było ciekawe…

W miasteczku zima uśpiła czujność mieszkańców. Pogoda paskudna, nikomu się nie chciało z domu wychodzić, nawet plotkary przyschły trochę i życie toczyło się głównie w wymienianych wiadomościach.

Za to wiadomości, którymi czasami dostawałam rykoszetem, gdy ktoś mnie dodał do grupy, aż kipiały od domysłów na temat Rymowanki. Jakby nic innego się nie działo w miasteczku. Rymowanka nawet przyćmiła wyprzedaże w pobliskim centrum handlowym, a to już naprawdę coś. Zazwyczaj o tej porze roku, koniec stycznia, wszyscy mieli już kupione i obgadane wszelakie spodnie i spódnice, które potem lądowały w szafach bo jak tu chodzić w tak małym miasteczku w tych samych ubraniach, co sąsiadka…

To wszystko referowała mi Buba, która uwielbiała grupy wszelakie i karmiła się ich treścią, jak wampir energetyczny, a że ogólnie była miła i lubiana, to była wszędzie. 

My tymczasem piliśmy pyszną kawę i wino na południu Włoch. Jak co roku zimą, zamiast na narty, woleliśmy spacery po miasteczkach i lokalne knajpy z włoskim jedzeniem, które nigdy nam się nie nudziło. 

Florek latał z aparatem, pstrykając wszystko co się da, zawsze po takich wyprawach mieliśmy milion zdjęć. Na szczęście, oboje nauczeni, że co za dużo to niezdrowo, po każdym wyjeździe, przeglądaliśmy albumy, żeby zostawić maksymalnie 20 fotek. 

Jak zawsze oczywiście snuliśmy plany, jak to byłoby super mieć tu dom, spędzać czas objadając się pomidorami i popijając winem z lokalnej winiarni. Oboje wiedzieliśmy, że nigdy tego nie zrobimy, za bardzo byliśmy zżyci z Sennym Miasteczkiem ale zawsze w okolicach stycznia dopadała nas straszne chęć na rzucenie w błoto tego błotnego miejsca. 

– A wiesz, że Gucio kupił Majce galerię? Tyle lat mu truła i truła, że w końcu uległ. Znalazł mały lokal niedaleko Rymowanki, podobno cena dobra, miejsce fajne, jak się knajpa rozkręci, to ludzi będzie sporo.

– A skąd on wie, ze się knajpa rozkręci? Czemu mam wrażenie, że wszyscy coś o tej knajpie wiedzą, tylko nie ja?

– No Gucio coś tam wie ale kręci. Wygląda jak najedzony kot, gdy o tym mówi, czyli planuje zarobić dużą kasę. Nawet zamówił u mnie zdjęcia. Wytłumaczyłem mu, że jeżeli chce zdjęcia fok albo innych futrzaków, to służę bo akurat takie obrabiam. Kazał mi spadać. 

Przez chwilę podziwialiśmy widok z tarasu, niby nic, zieleń, lekkie słońce, nie było upalnie, niebieskie niebo a od razu żyło się lepiej. 

Sięgnęłam po wino, pachniało latem, pewnie było to tylko złudzenie ale przecież złudzenia są najpiękniejsze. Zerknęłam na Florka, który przeglądał zdjęcia z dzisiejszego wschodu słońca. 

– Serio nie wiesza, kim jest nowy wlaściciel Rymowanki?

– No właśnie nie wiem. Gucio kręci, nie miałem czasu ani ochoty go dociskać bo jakbym wiedział, to pewnie byś to ze mnie wyciągnęła. 

Łypnęłam na niego:

– Oj nie bądź taki przewidujący jakbyś żonę miał. 

Roześmiał się i też sięgnął po wino. 

– Pachnie jak zima w Toskanii, nie? 

Taaaak, dokładnie tak się zawsze rozumieliśmy, ja o gruszce, on o pietruszce a mimo to nasze światy miały się dobrze i czasami nawet znajdowały zbiór wspólny. W tym przypadku wino. A czy lato czy zima nam pachnie, jakie to ma znaczenie. 

Gucio i Rymowanka…

Napisałam do Majki: „Gratki, galeria to już naprawdę coś, kocha Cię ten Gucio jak głupi, jak nazwiesz swoje nowe dziecko?”

Odpowiedź przyszła bardzo szybko:

” Poezja Sztuki albo jeszcze nie wiem, a masz jakiś pomysł w tej swojej marketingowej głowie?”

” Skoro Senne Miasteczko to może coś ze snem? Pomyślę i dam Ci znać”.

Majka, gdy nie miało się jej w zasięgu jednego metra, była bardzo sympatyczna i nawet nie męcząca.

– Dobra, idziemy na spacer, przy okazji kolacja w tej małej knajpce, co ty na to? 

Florek się poderwał z miejsca jakby nic nie jadł od tygodnia:

– Właśnie miałem ci to proponować, idziemy, ja tam wczoraj widziałem w menu takie coś.

Zgodnie ruszyliśmy w dół do knajpy. Pewnie z włoską muzyką ale w takim otoczeniu nawet to nam nie przeszkadzało. 

Knajpka była bardzo klimatyczna, całe ściany ze stojakami z winem, okazało się, że właściciel ma małą winiarnię, poza tym jest znawcą wina i sprowadza butelki z całych Włoch. 

Pachniało pizzą i ziołami, zapach, który zawsze kojarzył mi się z ciepłem pieca. Było cudownie. 

Najedzeni jak bąki, wróciliśmy do domu. Zerknęłam na telefon, którego zapomniałam zabrać, trzy nieodebrane połączenia i osiem wiadomości….

Usiadłam wygodnie w fotelu. Pokój nie był za duży, jak to we włoskich domach ale za to kamienny, z piękną podłogą, kominkiem, dużym oknem, wychodzącym na pobliskie polne drogi. Druga strona domu wychodziła na miasteczko. Urocze, małe, jedna piekarnia, dwa sklepy, dwie restauracje. I oczywiście kawiarnia. Z pyszną kawą, serwowaną już od świtu. Można się tam było zatrzymać w drodze do pracy i wypić espresso.

Zastanawiałam się często, czy mieszkańcy dostrzegają urok tego miejsca czy też nic a nic, jest dla nich tylko codziennością.

Włączyłam telefon.

Buba: „Co tu się wyprawia. Żałuj, że Cię na grupach nie ma”.

Maja: „Może jednak Senne Obrazy?”

Buba: „W tym sezonie wszystkie chodzą w żółtych spodniach”.

Buba: ” Jak się zaraz nie odezwiesz, to Cię dodam do grup kilku”.

Gucio: „Jest tam Florek? Bo nie odbiera. On nigdy nie odbiera…”

To było akurat prawdą, podejście Florka do telefonów było jak mniej więcej moje do lutownicy. Telefon miał, zawsze go wyciszał. Używał tylko, gdy musiał zadzwonić. Zazwyczaj nie odczytywał wiadomości i nie odbierał połączeń. Przywykłam już, że ludzie pisali i dzwonili do mnie.

Buba: „Od dzisiaj to się będzie nazywać Miasteczko Pobudka”.

Grupa Rodzinka: „Jak tam Wam we Włoszech? Pozdrawiamy z Florydy. Tu pogoda spoko ale i tak głównie siedzimy w budynku i stukamy projekt. Powiedz ojcu naszemu, żeby sobie zamontował telefon w aparacie, to może czasami odbierze”.

Maja: „Kiedy wracacie? Gucio się niecierpliwi”.

Ulice w Sennym miasteczku miały różne nazwy. Te starsze nawiązywały do nazwy, była ulica Senna, Śpiąca, nawet Koszmarna – tu punkt dla władz miasta – znajdował się przy niej cmentarz.

Nowsze nazwy za to pokazywały, że co jak co ale władze miasta nadal mają poczucie humoru. Może czarnego ale nadal humoru. 

Nasza ulica, biegnąca pod las, nazywała się Żuczkowa, podobno upodobały ją sobie podczas budowy, żuczki gnojowniki, urocze stworzenia, o bardzo nieuroczej nazwie. 

Przy ulicy Żuczkowej stało kilka domów. Wszystkie dosyć duże ale zachowane w klimacie miasteczka. Duże okna, zazwyczaj pełne kwiatów, prawie nikt nie miał firanek, ulica była dosyć szeroka, z chodnikami nawet, sąsiedzi sobie do okien nie mieli jak zaglądać. A nawet gdyby, wszyscy się dobrze znaliśmy, byliśmy w miarę w normie intelektualnej i społecznej. W miarę…

Dom obok nas mieszkał Jareczek. Nie Jarek czy Jaro ale właśnie Jareczek. Prowadził we wsi sklep spożywczy, oczywiście U Jareczka.

Był już na emeryturze, kasy miał jak lodu bo cale życie prowadził różne firmy odnoszące sukcesy a potem je sprzedawał. Sklep miał hobbystycznie.

Nie był to zwykły sklep, Jareczek jeździł po świecie, fascynował się kuchnią jako taką, zwoził różne cuda i edukował całe miasto. Prowadził spotkania, degustacje, szkolenia z gotowania. Było go pełno. Na ulicy też. Gdy wracał z podróży, cała ulica wymykała się rankiem do pracy, byle tylko na niego nie wpaść, nagle wszyscy robili przedgodziny. Biada tym, którzy pracowali z domu. Jak ja. Oczywiście bywałam regularnie w redakcji, kilka razy w tygodniu ale głównie siedziałam u siebie w gabinecie. I o tym Jareczek wiedział, potrafił rozpoznać dźwięk mojego samochodu i wyskoczyć jak kukułka z zegara, gdy jechałam. Biegł wtedy za moim autem aż do mojego domu, a kondycję, jak na swoje 78 lat miał świetną. 

Najbardziej bał się go nasz redakcyjny grafik, Seba. Człowiek spokojny, poukładany do znudzenia, planujący nawet, kiedy w kwartale odwiedzić z żoną znajomych, raz odwiedzeni, musieli czekać aż wizyty zatoczą koło i odbędzie się następne spotkanie. Nic nie mogło się obyć bez jego, słynnego w firmie, kalendarza. Seba miał do Jareczka pecha, jeździł takim samym autem jak ja i niestety Jareczek czasami przybiegał za nim pod nasz dom, gdy za późno się zorientował, kto prowadzi. 

A gdy już Jareczek dorwał człowieka, snuł opowieści. Dużo i kolorowo. Zadając ofierze pytania ale nie oczekując odpowiedzi bo znał je lepiej niż delikwent. 

Seba bywał u nas raz na jakiś czas, gdy go szefowa grafików, Alicja, pogoniła z jakimiś papierami, żeby zaoszczędzić na wydrukach podobno ale wszyscy wiedzieli, że głównie sadystycznie uwielbiała nękać Sebę i stawiać go do zadań, w których kalendarz mu się buntował i spędzał sen z powiek. 

Dzisiaj Jareczek dopadł mnie. Lubiłam go bardzo, był barwną postacią, pełną życia i historyjek. Gdy zaparkowałem przed domem, prawie zawału dostałam, gdy zapukał w okno samochodu, tym razem wyjątkowo nie przybiegł, tylko siedział w krzakach, analizując kikuty roślin, które czekały na wiosnę. Na ogrodnictwie oczywiście też się znał a jego ogród latem był najbardziej pachnącym miejscem, jakie znałam. 

– Jareczek, ty mnie kiedyś o zawał przyprawisz.

– To ty się w końcu weź za siebie i zacznij biegać a nie tylko stukasz i stukasz w klawisze. 

Nasz odwieczny dialog, on swoje a ja swoje, że nie każdy ma chęć od rana zasuwać w dresie po okolicy i nie każdy o piątej rano już się zastanawia, gdzie go jeszcze nie było.

– Ty mi lepiej Zorza powiedz, o co chodzi z Rymowanką?

– Przestań do mnie mówić „Zorza” – roześmiałam się. 

Moich rodziców dawno temu bardzo poniosło, stwierdzili, że jak nazwą swoje pierwsze dziecko Aurora, to na pewno mu to przyniesie szczęście w życiu. Szczęście to i może. A przy okazji mocno kształtowało mój charakter przez lata w szkole, gdy walczyłam z różnymi żartami ze strony gawiedzi szkolnej. Ale mój brat miał gorzej. Aureliusz. Że niby tak prawie do pary. Byliśmy bliźniakami. Aurora i Aureliusz, taka dosyć znana z nas była para w szkole jak i w życiu.

– Nic nie wiem, serio. Jareczku, musisz iść zasięgnąć języka do naszych miasteczkowych papużek

– O nie, nie dam się na to znowu nabrać, potem mnie swatają ze wszystkimi w okolicy. A jedna nawet na mszę za mnie dała bo podobno homoseksualizm się leczy. W moim wieku!

– No to ja ci nic nie powiem bo nic nie wiem, ale ale, Gucia dorwij, znacie się dobrze, jecie razem te różne paskudne rzeczy.

Gucia i Jareczka łączyła więź kulinarna. Gdy tylko Jareczek przywoził coś najbardziej obrzydliwego, dzwonił do Gucia a ten wpadał i się delektowali. Ostatnio jajka z Wietnamu. Kacze jajka. Zakopane i potem wykopane, jak już ich zapach mógł robić za broń biologiczną.

– O, Gucio to jest dobry pomysł, a akurat mam coś dla niego. Tak wiem, wiem, zamknąć okna jak będziemy gotować bo podobno wali na całą ulicę…

– Kocham cię Jareczku, muszę lecieć, papa.

Jeszcze chwilę patrzyłam jak odbiega, wygrzebując po drodze z kieszeni telefon. Drobny, siwy, z wyliniałym warkoczykiem spiętym moją kolorowa frotką, którą kiedyś pożyczył i od tej pory nosił.

Luty był jakiś taki bez sensu. Śniegu brak, breja wszędzie, wszystkie kurtki przestały działać bo albo za gorąco albo za zimno.

Buty to już ogólnie dramat. Wszystkie moje ukochane szpilki leżały w szafie, na błoto się nie nadawały. Ogólnie szpilki do niczego się nie nadawały w zasadzie ale lubiłam je i już. Uwielbiałam poczucie niewygody i wrażenie, że lada chwilę polecę na twarz lub zaklinuję się w chodniku.

Buba jęczała całą drogę. 

– Że ja się znowu dałam nabrać na to twoje “ przecież jest ciepło” 

– Oj nie marudź już. Skąd miałam wiedzieć, że będzie tak wiać?

– Może z prognozy pogody?!

– Mogłaś sprawdzić a nie teraz jęczeć. Zresztą i tak bym cię zmusiła, obie o tym wiemy.

Wymyśliłam rowery bo już mnie strasznie nosiło. Florek siedział na Islandii i fotografował jakieś ptaki, które akurat ktoś dostrzegł i zrobiło się zbiegowisko ornitologów i innych amatorów błota i wiatru.

Tym razem plan był nie knajpowy a zwiadowczy. Dostałam od znajomej cynk, że w starej leśniczówce jest piec, który właściciel chce sprzedać. Droga leciała lasem, nie było sensu brać auta, przejażdżka zapowiadała się świetnie. Dopóki nie zaczęło wiać. 

Pieca szukałam od dawna, miał być stary, żeliwny, z klimatem, nie przerobiony w nic nowszego. I taki podobno tam był. A ja miałam w planach wrzucenie go do ogrodu, w którym na wiosnę miała stanąc altana. 

Altana już się nawet narysowała, miała być w połowie otwarta, z owym piecem właśnie, takie miejsce kominkowe ale bez kominka tylko z piecem.

Na długie jesienne wieczory a w zasadzie na niekończącą się zimę w formie przedwiośnia. 

W końcu dotarłyśmy. Pan Leon już na nas czekał. Był nowym właścicielem leśniczówki, która już od dawna nie pełniła swojej roli ale nazwa została. Pan Leon był emerytowanym weterynarzem, wszyscy go znali w miasteczku, nadal chętnie przyjmował zwierzaki w potrzebie i nigdy nie odmawiał pomocy.

– Zapraszam, chodźcie. Długo się nad tym piecem zastanawiałem bo on ładny ale nijak mi tu nie pasuje a żona szału dostaje bo zajmuje kawał pokoju.

Pięć był piękny, piękny w swojej prostocie. Pamiętałam takie z dzieciństwa na wsi. Tylko ten był dwa razy większy.

“Kawał złomu” jak go określił Florek ale na szczęście wyjechał a jak wróci to nie będzie mu się chciało kłócić o piec.

Ot, takie małe małżeńskie sztuczki. 

Leśniczówka była stara, częściowo murowana, częściowo drewniana, pachniała lasem i suchym drewnem.

Żony pana Leona akurat nie było ale zostawiła dla nas herbatę i ciasto oraz…szampana. Ze szczęścia, że zabieramy “ten wehikuł kulinarny”, jak go nazywała. 

Ustaliliśmy terminy odbioru pieca i kwotę, pochłonęłyśmy ciasto, szampana dostałyśmy na drogę. 

Wracałyśmy w ulewnym deszczu, który na szczęście zagłuszał tyrady Buby na temat mojego podejścia do pogody i jej zaufania do mnie w tej kwestii.

Florek wrócił z kolejnej wyprawy fotograficznej. Ubranie wrzucił do pralki w piwnicy bo zwyczajna pralka nie dawała rady zmyć zapachów i błota. Musieliśmy jakiś czas temu nabyć pralkę przemysłową, która nie zatykała się przy każdym powrocie mojego ulubionego fotografa.

Spędziliśmy w salonie sącząc wieczorne wino. Za oknem deszcz lał jak wściekły, za chwilę miał wpaść do nas Jareczek.

Pod oknem nagle coś walnęło z całej siły a potem to coś zaklęło. Zapadła chwila ciszy a następnie do domu wtoczył się Jareczek, cały w gałązkach rośliny stojącej pod drzwiami. Kupiłam ją dawno temu, miała być ozdobą, okazała się być odporna na wszystko, prawie zawsze zielona, prawie zawsze z kolcami, prawie wszyscy ją omijali dużym łukiem ale Jareczek zawsze biegał…

– Czego ryczycie?! Potknąłem się na tych waszych durnych schodach jak biegłem.

– A próbowałeś kiedyś wejść jak człowiek do domu?

– Chciałem nawet zapukać, serio. Ale walnąłem głową, na szczęście w wełnianej czapce i udało mi się nie trafić w kołatkę. Po choć;erę wam ta kołatka?

Gadał jeszcze przez chwilę, gdy zwijaliśmy się ze śmiechu ale w końcu złapał wino i się uspokoił. Usiadł w fotelu i zaczął parować. Łyknął wina, łypnął na nas i się tajemniczo uśmiechnął. 

– Coś wiem ale wam powiem jak mnie nakarmicie.

Florek parsknął śmiechem. 

– My ciebie? To czekaj, wykopię coś z ogródka, może będzie an tyle obrzydliwe, że zjesz.

– Się na dobrej kuchni nie znacie. I nie, wcale aż tak wczoraj nie śmierdziało.

Wczoraj całą ulicę zasnuł zapach, o ile można to nazwać zapachem, z kuchni Jareczka. Gotował coś razem z Guciem. Maja odmówiła udziału, siedziała u nas, dziergając wściekle różowe serwetki na jakiś kolejny projekt. Na pytania, czym się kierowała, kupując włóczkę, kazała nm się zamknąć i nie zadawać głupich pytań.

– A wiecie, że Rymowanka się otwiera już w kwietniu? 

Popatrzył na nas z triumfem, jako ulubieniec miejskich plotkarek miał często wiadomości prawie z trzeciej ręki.

– O, nic nam Gucio nie mówił. 

– Bo Gucio chyba nie wie jeszcze, ja wiem z pierwszej, no dobra, z drugiej ręki. 

Jareczek miał minę kota nad miską mleka. 

Rymowank nie schodziła z ust mieszkańców miasteczka. Nadal nie było wiadomo, kim jest nowy właściciel, remont trwał i wyglądało na to, że lokal nabiera całkiem nowych kształtów.

Wszyscy czekali w napięciu….

W końcu wiosna buchnęła jak na nią przystało. Deszczem, błotem a nawet słońcem. Marzec był nawet dosyć ciepły. Na tyle, że nie dało się już chodzić w zimowych butach, w których w zasadzie i tak mało kto już chodził bo zim nie było.

Kalosze okazały się teraz towarem pierwszej potrzeby w Sennym Miasteczku. Gdzieś w jakimś programie TV, jakaś gwiazda pokazała się w kaloszach i w miasteczku rozpętało się kaloszowe piekło. Przez moment istniała obawa, że będzie je można kupić nawet w aptece. 

Nawet gdy marzec pokazywał swoją zimową twarz, miejscowe elegantki paradowały w kwiecistych kaloszach, przytupując na chodnikach bo wiadomo, gumowe buty raczej mało grzeją.

Długo oczekiwane otwarcie Rymowanki w końcu miało nastąpić czwartego kwietnia. 

Lokal nadal był w remoncie, okna zasłonięte, ekipa remontowa zaraz po zakończeniu pracy, pakowała się do busa i odjeżdżała w siną dal. Jakby mieli podpisaną umowę o milczeniu.

Miejscowe plotkarki, w kaloszach, często przechadzały się pod Rymowanką, chcąc chociaż cokolwiek wypatrzeć zza kulis.

Senne Miasteczko nie jest wcale senne…

Recent posts

Odkryj więcej z SENNE MIASTECZKO

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej